Położony w Alpach Zachodnich na pograniczu Włoch i Szwajcarii, mierzący
4478 metrów n.p.m. szczyt zachwyca niezwykłym pięknem, pobudza
wyobraźnię i choć wielu straciło tam życie, wciąż kusi kolejnych
śmiałków. Uczestnicy niedawnego spotkania w Miejskim Domu Kultury mieli
okazję wysłuchać relacji członków olkuskiego Speleoklubu, którzy
kilkakrotnie próbowali zdobyć tę niebezpieczną górę.
Niepowodzeniem zakończyło się kilka wypraw. Podczas ostatniej z nich, w
2006 r., Jan Olewicz, Tomasz Witecki, Robert Mucha i Piotr Seweryn
wspinali się na Matterhorn granią włoską. Od szczytu dzieliło ich
zaledwie 200 m., kiedy nagłe załamanie pogody przerwało tak bliskie
sukcesu wysiłki. Trudno dziwić się zaskoczonym słuchaczom, że pytali:
Jak to możliwe? Kosztowne przedsięwzięcie, ogromny trud, ryzyko i
rezygnacja tuż przed upragnionym celem? Dla znających realia
wysokogórskich ekspedycji, taka decyzja nie jest czymś niezwykłym. Co
prawda podejmowanie ryzyka jest wpisane w alpinistyczny sport, jednak
przekroczenie granicy rozsądku w ekstremalnych warunkach skończyć się
może tylko w jeden sposób. Wielu nie wróciło, za zlekceważenie gór,
rutynę, brak krytycznej oceny własnych możliwości zapłacili najwyższą
cenę.
Oprócz pogody na przeszkodzie stają czasem inne nieprzewidziane
okoliczności. Wcześniejsza wyprawa olkuskiej ekipy zakończyła się
niepowodzeniem z powodu wywołanej przez innych alpinistów lawiny, która
na szczęście porwała wyłącznie sprzęt, ale skutecznie zniweczyła plany.
Wreszcie we wrześniu tego roku pasmo niepowodzeń przerwali Adam Knapik i
Jan Olewicz. Tym razem postanowili zaatakować kapryśny Matterhorn granią
od strony szwajcarskiej. Ponownie grań, dlaczego? - pytali uczestnicy
spotkania. Jak wyjaśniał Adam Knapik szczyt ten charakteryzuje się dużą
kruchością ścian, stąd dla uniknięcia spadających odłamków
najbezpieczniej zdobywać go trwalszym grzbietem i jego pobliżem.
Najpierw jednak były bogato ilustrowane zdjęciami wspomnienia z
aklimatyzacji w szwajcarskim kurorcie u podnóża góry oraz na pobliskim,
niższym i nie wymagającym wielkiego wysiłku szczycie. Potem właściwa
wspinaczka, podczas której i tej ekipie nie brakowało przygód. Pokonanie
szwajcarskiej grani powinno trwać około sześciu godzin, tymczasem z
powodu częstych na tej trasie problemów w odnalezieniu odpowiedniej
drogi trwało godzin dziesięć. Kiedy szczyt wydawał się już być w
zasięgu, nagle popsuła się pogoda. Opady śniegu, wiatr i ograniczenie
widoczności, mimo dyskusji i wątpliwości, nie powstrzymało jednak
olkuskich alpinistów. Tym razem nie było aż tak źle, by przerwać kolejną
wyprawę, choć idąca za Olkuszanami ekipa niemiecka przerwała wspinaczkę.
Jeszcze tylko zaskoczenie napotkaną dziwną postacią, którą okazała się
rzeźba św. Bernarda - patrona alpinistów, i już mogli cieszyć się
upragnionym zwycięstwem. Tym cenniejszym, że dokonanym w roku jubileuszu
40. lecia olkuskiego Speleoklubu.
Spotkania w Miejskim Domu Kultury, wciąż jeszcze nieformalnie nazywane
Klubem Globtrotera, ciszą się coraz to większym zainteresowaniem.
Ciekawe opowieści ilustrowane setkami zdjęć z niezwykłych miejsc,
rozmowy z prelegentami po zakończeniu oficjalnych części oraz swobodna
atmosfera sprawiają, że przybywa chętnych do udziału w podróżniczych
wspomnieniach. Z pewnością nie zabraknie ich również podczas
zaplanowanej na listopad relacji z wyprawy po Indiach i do Nepalu.
Zapraszamy!